opowiadania

Wydaje się, że właśnie słowo „kryzys” jest kluczowe dla tego pisarstwa. Nie chodzi tu, bynajmniej, o kryzys ekonomiczny, lecz o kryzys kultury współczesnej w jej wymiarze duchowym.

Ze wstępu Wacława Lewandowskiego do tomu opowiadań Sławka Pstronga (wkrótce w druku).

Człowiek, który zjadł kolację

Nieruchome oko kamery wisiało pod sufitem. Godzina 2111. Widzowie przed telewizorami i w Internecie śledzili rozpoczynające się jak zwykle o tej porze show live.

Uczestnik programu przygotował sobie kolację. Przed chwilą zjadł mortadelę nadziewaną pistacjami, posmarowaną musztardą Dijon, jajecznicę z kurkami, wszystko to zagryzł arbuzem. Wbił widelec w kawał sera camembert. Obracał go w palcach. Nikt nie mógł wiedzieć, czy był jeszcze głodny. Zjadł dziś cztery posiłki, co można było zobaczyć w skrócie przed programem. Napięcie wzbudzało pytanie, czy zje coś jeszcze dzisiaj. Czy kolacja będzie ostatnim posiłkiem tego dnia? Miał jeszcze sporo jedzenia na talerzu. Być może to mu wystarczy, ale może też nie wystarczyć. Kto wie, może od razu coś jeszcze dobierze z lodówki. Albo wstanie w nocy. Pytań było sporo.

Widzowie z napięciem obserwowali zdarzenia.

Sezon martwych ludzi

Ludzie oprócz tego, że martwi, zasadniczo byli w porządku. Straszono nimi dzieci: „jak będziesz niegrzeczny to przyjdzie martwy i cię zabierze”. Wszystko zrzucano na nieżyjących. Klęskę urodzaju, suszę, powodzie, impotencję męża, oziębłość żony, mróz, gorąco.

Martwi byli zimni. Przynosili pecha. Nikt nie chciał, żeby kręcili się w pobliżu, bo nie wróżyło to nic dobrego. Na ogół wszyscy byli niewierzący, ale kiedy pojawiał się temat martwych, w ludziach nagle pojawiała się wiara — niektórzy ukradkiem żegnali się, zwykle pod stołem, żeby ktoś przypadkiem nie zauważył.

Najgorsze było to, że można było nie rozpoznać martwego. Nie różnił się niczym od zwykłych ludzi. Zwykle okazywało się, kiedy było już za późno. Na przykład wtedy, gdy wymierzył w niego rewolwer. — Już jesteś martwy — powiedział i wypróżnił cały bębenek. On nie tylko nie upadł, ale zaczął się zbliżać. Zbyt późno zorientował się, że facet był już martwy, zanim zaczął do niego strzelać.

Tak, martwi stanowili poważny problem, a nikt, łącznie z władzami państwowymi nie miał pomysłu, jak sobie z nimi poradzić. Nie zanosiło się na to, że znikną. Zapowiadał się kolejny sezon martwych ludzi.

Zakazane sny

Trzymała w ręku niebieski balonik, miękki i delikatny. Miała kruche i słabe dłonie, ale gdyby tylko ścisnęła go mocniej, pękłby. Nie chciała mu zrobić krzywdy. Podrzucała go, leciutko odbijając palcami. Balonik miękko podrygiwała w powietrzu.

Często śnił się jej niebieski balonik. Świeciło słońce, niebieskie niebo jasno błyszczało. Miała na sobie żółtą sukienkę, granatowe buciki, a włosy splecione w długie warkocze. Czuła na twarzy ciepły dotyk słońca.

Uderzyła lekko balonik, a ten jak zwykle podskoczył do góry. Tym razem jednak nie opadł zwyczajnie w jej dłonie, tylko wykręcił w powietrzu kozła i zawirował gwałtownie. Wiatr otarł się o nią jak kot domagający się zabawy. Wiatr porwał jej balonik i podrzucał wysoko. Dziewczynka skakała, próbując go dosięgnąć, ale wiatr nie pozwalał jej na to. Zaśmiała się, sądziła, że wiatr się z nią bawi. Wreszcie balonik spadł w jej dłonie. Wiatr ucichł. Dziewczynka uśmiechając się, podrzuciła go i uderzyła palcami. Chwilę leciał w górę i zaczął opadać. Dziewczynka trzymała wyciągnięte wysoko ramiona. Prawie go już miała, kiedy znowu poczuła wiatr. Smagnął jej twarz i poderwał balonik ku górze, unosząc coraz wyżej i wyżej. Wiatr stał się zimniejszy. Balonik wzniósł się wysoko i nie spadał w wyciągnięte ramiona dziewczynki. Unosił się coraz wyżej. Na niebie zobaczyła ciemną kropkę. Powiększyła się gwałtownie i sunęła szybko w stronę balonika. Po chwili dziewczynka zobaczyła, że ta kropka jest duża i ma straszne oczy, wielki nos i zamknięte usta. Zbliżała się do balonika. Kiedy kropka zbliżyła się wystarczająco blisko, otworzyła usta. Jej wargi powiększały się szybko. Przypomniało jej to drożdżowy zaczyn na ciasto, które jej babcia robiła w każą sobotę. Z tą różnicą, że te usta pęczniały o wiele szybciej i były zdecydowanie większe. Dziewczynka widziała jak te napęczniałe usta połknęły jej balonik. Poczuła ból w brzuchu, jakby ją ktoś ukłuł od środka. Z oczu popłynęły łzy i tylko one teraz ją ogrzewały. Nie świeciło już słońce, było szaro i brzydko. Zaczął padać deszcz. Wielkie, napęczniałe usta zbliżyły się do niej, sterczały tuż nad jej głową, poczuła ich cuchnący oddech. Mlasnęły nad nią. Dziewczynka zaczęła szlochać i zakryła twarz rękoma.

— Cicho, nie bój się.

Dziewczynka otworzyła oczy. Leżała w swoim łóżku. Zza ściany dobiegały głosy innych dorosłych. Pochylał się nad nią.

Dziewczyna, brunetka

Brunetka jadła słone paluszki w barze. Miała półprzymknięte oczy, od czasu do czasu zwracała twarz w stronę stojącej na stoliku lampki, zupełnie jakby wystawiała buzię na słońce.

Cały czas, nawet kiedy energicznie mówiła, gdy zapalała się do rozmowy, jej oczy były nieruchome i przymrużone. Powieki napinały się, ale nie otwierały.

— Trzech facetów na sali. Jeden mówi coś do drugiego, ale było tak głośno, że nie usłyszałam, co tamten mówił. — Dziewczyna ze ściśniętymi oczami miała na sobie pomarańczowy sweter. Ale to nie miało w tamtym momencie żadnego znaczenia. Pocierała usta wskazującym palcem. Ale to też nie miało żadnego znaczenia. Siedziała naprzeciw innej dziewczyny, nie wyróżniającej się niczym szczególnym.

— Tobie to oczy nie otwierają się od dawna? – zapytała ta druga.

— Nie wiem. Nie zauważyłam.

Wstała i zaczęła tańczyć. Jako brunetka od razu wpadła mi w oko. Rozglądając się po sali, uchwyciła moje spojrzenie. Złapany na gorącym uczynku, odwróciłem szybko głowę, jednak pokusa była silniejsza. Znowu spojrzałem na tańczącą. Oprócz niej na parkiecie było sporo osób. Tańczyła, wyginając się w miejscu. Jej wzrok był namiętny i zachęcający. Zwróciłem uwagę na jej pełne usta, lepkie i wyzywające jak obietnica francuskiej pieszczoty.

Spociłem się ze strachu. Nie wytrzymałem napięcia i wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Poszedłem na nocny spacer.

Po kilku metrach zorientowałem się, że brunetka z baru mnie śledzi. Klucząc, uciekłem do najbliższego hotelu. Przez pół nocy ktoś dobijał się do mojego pokoju. Nie otworzyłem, ale nie wezwałem też ochrony. Nad ranem walenie w drzwi ustało. W końcu zasnąłem. Ulga. Przeżyłem kolejny atak. Po mieście grasują atakujące brunetki. Są bardzo gwałtowne i niebezpieczne.

Kilka minut po dwunastej po południu

W sadzawce zjełczałego oleju na chodniku brodziła mucha. Wyjścia nie było, nie mogła się wydostać, daremnie próbowała pomóc sobie, strzelając skrzydłami.

Słońce zaskoczyło wszystkich. Po kilku dniach gwałtownych ulew niespodziewanie wyszło z zapałem, atakując przechodniów.

Kilka minut po dwunastej powietrze nagrzało się wystarczająco mocno, żeby zatykać przy oddychaniu. Pośrodku placu stał niewielki, okrągły budynek, stara końska jatka. Otaczały ją zadaszone stoiska z warzywami i stanowiska sprzedawców książek.

Na ulicy stała grupka dziesięciolatków. Obserwowali walkę dwóch chłopaków. Blondyn był wyraźnie słabszy, potrafił jedynie trzymać niezdarną gardę, która słabo broniła go przed uderzającymi go z każdej strony pięściami przeciwnika, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Chcąc zbliżyć się do blondyna, przestawał na chwilę uderzać, żeby manewrować kołami. Walka odbywała się w ciszy, żaden z dzieciaków niczego nie komentował, walczący też zachowywali się cicho. Słychać było jedynie głuche odgłosy bicia. W pewnym momencie kaleka zirytował się manewrami, które rozpraszały go w walce. Złapał za głowę blondyna, przytrzymał go sobie pod pachą i uderzał pięścią po twarzy. Z nosa blondyna popłynęła krew, chłopak na wózku zdzielił go jeszcze dwa razy. Kaleka sprawnie zawrócił koła w miejscu i pojechał ulicą w stronę najbliższego podwórka, prowadząc za sobą resztę dzieciaków. Blondyn wytarł krew z twarzy i poszedł w drugą stronę. Nie płakał.

Teściowa

— Panie, to jedyna osoba, której szczerze nienawidzę.

Nie za bardzo przysłuchiwałem się rozmowie, którą próbował ze mną prowadzić taksówkarz. Kilka minut nie odzywał się, aż w końcu uśmiechnął się i przerwał ciszę, obserwując mnie w środkowym lusterku.

— Jak położyłbym zdjęcie mojej teściowej przy cukrze, żadne z moich dzieci nie zjadłoby go — uśmiech nie schodził z jego twarzy.

— Powiedziała mi kiedyś, że DOBIERAM SIĘ do własnej żony. Mieszkamy razem, nie mogę na nią patrzeć. Całe szczęście mam taksówkę, jak mnie wkurwi, to jadę w miasto.

— 15 zł. — staliśmy już pod moim domem.

— Potrzebuje pan paragon?

— Nie.

Wpadłem

Pukanie do drzwi. Otworzyłem spokojnie, jak facet, który nie ma niczego na sumieniu.

— Pan Z. Adam?

Na klatce schodowej stało dwóch umundurowanych policjantów. Jeden z nich bardziej aktywny.

— Tak — byłem grzeczny.

— Jest pan aresztowany za palenie marihuany.

— Nie macie żadnych dowodów.

Aktywny wetknął mi pod nos zabezpieczony w woreczku niedopałek jointa.

— Zamiast filtra użył pan kawałka swojej wizytówki.

Fuck. Rzeczywiście. Wczoraj paliliśmy jointy, normalnie, nic nadzwyczajnego, zwykły joint. Na balkonie w bloku u kumpla. Potem wyrzuciłem go przez okno. Rzeczywiście użyłem firmowej wizytówki do zrobienia filtra. Najlepiej się do tego nadają, oprócz biletów z metra. Pieprzony pech.

Kapsel

Był strasznie zdenerwowany. I głodny. Może to zdenerwowanie z głodu? Nie końca był pewien. Istniała taka szansa, typowy objaw, zdenerwowanie z głodu, pochodził przecież z biednej rodziny. Już nie ma problemów z kupieniem sobie jedzenia, już nie, ale strach pozostał.

Ale chyba teraz nie był to strach przed głodem. Dzisiaj wydarzyło się zbyt dużo rzeczy, żeby spokojnie przejść do kolejnego punktu dnia — leniwego odpoczynku w łóżku. Miał tak paskudny dzień, że nie wiedział, czy w ogóle zdoła sie położyć, o odpoczynku nie mówiąc. Jutrzejszy dzień zapowiada się jeszcze gorszy.

Poszedł do budki z hot-dogami, z której pachniało gotowanymi parówkami i czymś jeszcze. Może potem, może wilgocią wżartą w deski. Może jednym i drugim.

Zamówił hot-doga i sok w szklanej butelce. Pociągnął za ucho kapsla. Butelka zamykana była na kapsle, które otwierało się przez pociągnięcie. Na spodzie każdego z nich widniał napis. Ostatnio mu się nie poszczęściło z napisem: "Najkrótszy czas produkcji garnituru, począwszy od strzyżenia owcy, wynosi 1h 34 min”. Dzisiaj było lepiej: „Spokojnie. Tak musiało być”.

Wiecie, jak to jest. Z podobnych drobiazgów zbudowany jest świat. Pomysł może jak z telenoweli, ale podziałało. Poczuł, że z jego pleców spada stukilogramowy worek z cementem.

Czasem zastanawiał się, czy sobie nie powiesić kapsla na szyi, ale wtedy czytaliby go przechodnie. A przecież nie chciał, żeby było im lepiej, niech się sami postarają.